Witam na moim blogu!

Po raz kolejny odłożyłem projekt tworzenia własnej strony internetowej. Ten blog ma być więc moim tymczasowym polem działania. Tutaj będę składował efekty moich rozmyślań. Nie będę wrzucał żadnych esejów filozoficznych, ani innych tego rodzaju bzdur. Skąd potrzeba utworzenia takiego miejsca? Nowy pokój w Warszawie, dużo niezapełnionej przestrzeni do rozmyślań i niestety wciąż ciągnąca się za mną potrzeba uporządkowania tego wszystkiego...

Opcję komentarzy wyłączyłem. Wszelkie uwagi przesyłać na gg lub mailem.

Zapraszam do lektury!


blog muzyczny
mrsap's chart
last.fm
Forum MYCHARTS.PL
Forum LP3
Active Rock Show
AKT Maluch
Politechnika Warszawska
moja galeria
RSS
czwartek, 25 czerwca 2009
Czwarta sesja

Okno drugie biurko ściana
Chodź wezmę Cię na barana

Natoliczem jestem czekając

Sesja
Zią, zią, brzdą
Sesja
Pą, pą, pą

Kartka cała w laplasjanach
Wciąż nie widać rozwiązania

Natoliczem jestem czekając

Sesja
Zią, zią, brzdą
Sesja
Pą, pą, pą

Wiedzy mam już po kolana
Znowu doczekałem rana

Natoliczem jestem czekając

Sesja
Zią, zią, brzdą
Sesja
Pą, pą, pą

Trup

Nie pytajcie czemu :)
Nie czytajcie ;)
Mówię sam do siebie i czuję się z tym dobrze :)
Nowa epoka będzie epoką robaków!

natoliczem jestem czekając


To taka luźna refleksja ostatnich tygodni :)
poniedziałek, 16 marca 2009
Tęsknota

Miłość tkwi we mnie od kiedy po raz pierwszy doświadczyłem tego przedziwnego uczucia. Od kiedy poznałem jego piękno, wspaniałość i wyniosłość, wszystkie moje pragnienia skupiają się w jednym punkcie, którym jest chęć ponownego ucieleśnienia i urzeczywistnienia tego co od lat we mnie tkwi. Im dłużej trwa moja wędrówka, tym bardziej potęguję się we mnie tęsknota, a jednocześnie postępuje we mnie proces emocjonalnego dojrzewania, który może przyczynić się do pełniejszego przeżywania miłości.

Teraz już nie zadowala mnie najzwyklejsza w świecie przyjaźń z kobietą. Każdy taki duchowy twór przepełniony jest przekonaniem, że ona nie jest tą, która może przyczynić się do zaspokojenia potrzeb mojej duszy, co przyczynia się do spotęgowania tęsknoty. Jednak jest coś jeszcze. To obraz idealnej kobiety, który na skutek tych doświadczeń tworzy się we mnie i wnika w głąb mojej duszy do tego stopnia, że tworzy ze mną jedność. Niestety, a może na szczęście, jeszcze niedawno bardzo konkretny i ostry jej obraz, uległ ostatnimi czasu gwałtownemu rozmyciu.

Nie szukam. Wiem, że w zabieganej stolicy nie będę w stanie w wyniku kilku przelotnych kontaktów poznać kobietę od tej strony, która mnie najbardziej interesuje. Gdzie więc mogę ją odnaleźć? Prawdopodobnie tylko na wyjazdach, dlatego od początku studiów jeżdżę w góry tak często, jak tylko się da. Niestety jak do tej pory nie przyniosło to zadowalających efektów. Nie spotkałem żadnej kobiety, która choć trochę pasowałaby do mojego idealnego obrazu. Nie spotkałem żadnej kobiety, z którą miałbym szansę nawiązać jakąkolwiek głębszą więź.

Pozostaje mi jeździć tam dalej, pielęgnować swoją miłość, aby nie bledła ona z dnia na dzień. Pozostaje mi kontrolować siebie tak, aby nie zdarzały mi się nagłe napady depresji, która odbiera siłę do działania. Pozostaje mi zadbać o to, aby tym razem zwiększyć szanse na spełnienie moich marzeń. Pozostaje mi wierzyć i modlić się, aby to za czym tak tęsknie, spotkało mnie jak najszybciej, ale jednocześnie w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Wierzyć, że będzie to dla mnie najpiękniejsza i najdoskonalsza z możliwych nagród za te miesiące nieustannej udręki.
czwartek, 12 marca 2009
O gwiazdach (część 2)

Do kina chodzę zwykle samotnie. Przeżywając film na swój sposób, pogrążając się w rozmyślania idące niezmąconym bodźcami z zewnątrz torem, czuję się zupełnie inaczej niż wówczas, gdy po wyjściu z kina myśli uciekają od filmu i skupiają się na sprawach natury towarzyskiej. Oczywiście dyskusje o filmie na gorąco mają też swoje dobre strony, pozwalają dostrzec kilka szczegółów, które uleciały gdzieś w czasie seansu, ale w ten sposób człowiek pozbawia się możliwości wyciągnięcia w pełni samodzielnych wniosków. Jeśli już chodzę do kina, to wybieram filmy szczególne. Takie jak na przykład "Bracia Karamazow" Petra Zelenki.

W tym filmie przenikają się dwa światy. Zupełnie sobie nawzajem obce. Jeden z nich jest otoczką, klatką dla drugiego. Z jednej strony podupadające nowohuckie fabryki, postindustrialny krajobraz, a z drugiej środowisko praskiej bohemy. Gdzieś w tle pojawia się główny bohater, którego rola w znacznej części ogranicza się do obserwowania. Bohater ten, z początku przekonany jest o wyjątkowości miejsca, w którym toczy się jego życie, o tym że Bóg narodził się tam na nowo. Niejako w tle tego wszystkiego rozgrywa się jego życiowa tragedia spowodowana śmiercią syna. W kluczowym momencie zostaje on pozostawiony sam sobie. Niektórzy z aktorów w jego życiowej tragedii upatrują jakieś interesy, a pozostali nie są w stanie mu pomóc. Pozostaje mu tylko śledzenie sztuki, która ostatecznie doprowadza go do zwątpienia w sprawiedliwość tego świata, a w efekcie do samobójstwa.

Czy takie tragedie nie rozgrywają się w naszym życiu na co dzień? Być może to my jesteśmy tymi aktorami, którzy każdego dnia wychodzą na scenę i grają różne role. Być może i my wpatrując się w niebo, podążamy za tą gwiazdą, która najjaśniej zaświeci nam we właściwym miejscu i o właściwej porze, podczas gdy to prawdziwe piękno ukryte jest zupełnie gdzie indziej, ale niestety nie zawsze na wyciągnięcie ręki. Być może i w naszym życiu pojawiają się tacy smutni obserwatorzy, którzy przeżywają swoje życiowe tragedie. Nie muszą one być tak katastrofalne w skutkach, jak w przypadku tamtego człowieka. Ba, nawet nie muszą one być tragediami. Wystarczy, że będą one dla nas okazją dla pomocy innym.

Nie chodzi mi tutaj bynajmniej o to, żebyśmy rezygnowali z planów na przyszłość i zabierali się za działalność charytatywną. Wręcz przeciwnie. Pomocy najbardziej potrzebują ludzie, których działalność charytatywna nie obejmuje. Ludzie, którzy żyją wśród nas i pozornie niczym się od nas nie różnią. Co więcej, nie chodzi mi o to, żebyśmy poświęcali im jakoś specjalnie dużo uwagi. Nie chodzi mi nawet o to abyśmy zawsze byli w stanie ich rozpoznać, wydobyć z tłumu. Chodzi mi natomiast o to, żebyśmy byli świadomi, że tacy ludzie istnieją i żyli tak, żeby oni nie mieli z naszego powodu pretekstów do zwątpienia w naturalny ład i porządek świata, w dobro które rodzi się w sercach oraz w sprawiedliwość.
wtorek, 10 marca 2009
O gwiazdach (część 1)

Dokąd zmierzamy? Co jest celem naszych dążeń? Na te pytania z pewnością każdy niejednokrotnie próbował udzielić odpowiedzi. Napotykając tego typu pytania w różnego rodzaju ankietach, czy badaniach psychologicznych, często bez zastanowienia rzucamy różne farmazony, których nie godzi mi się tutaj przytaczać. Ja sam póki co nie będę odpowiadał na te pytania. Mam nadzieję, że obrazy które tutaj przytoczę, skłonią czytelnika do głębszej refleksji i pozwolą każdemu odpowiedzieć na postawione przeze mnie pytania we własnym zakresie.

Wieczorem Warszawa jest najpiękniejsza. Zapominamy o porannym tłoku w metrze, o codziennych obowiązkach i o wszystkich nurtujących nas problemach. Głośne dźwięki zastępuje ledwo słyszalny szept miasta, które powoli zbiera się do snu. Ulice oświetlone są przez mieniące się różnymi barwami witryny sklepowe, które paradoksalnie w momencie swojej największej ekstazy, są niedostępne dla ludzi. Przez chwilę możemy poczuć tę niezwykle silną więź z tym miastem, którą teoretycznie powinniśmy czuć przez cały dzień.

Wreszcie można dokładnie przyjrzeć się każdemu napotkanemu człowiekowi. Wreszcie można spojrzeć każdemu prosto w oczy, w nadziei że ktoś odwzajemni spojrzenie. Przy wyjściu z metra napotykam dwóch wyraźnie wstawionych jegomości poszukujących ulicy Gwiaździstej. Z niemałą satysfakcją pokazuję im odpowiedni kierunek, który akurat okazał się być dokładnie przeciwnym kierunkiem w stosunku do tego, w którym owi jegomoście podążali. Sam byłem już tego dnia w podobnej sytuacji do nich. Też szukałem ulicy w zupełnie obcej dzielnicy. Zdany wyłącznie na intuicję odnalazłem ją idąc najkrótszą możliwą drogą.

Jak zwykle nie czekam na autobus, wybieram znacznie ciekawszą opcję - dwudziestominutowy spacer. Po drodze wzrok swój kieruję w niebo. Dostrzegam mocne światło o dosyć nietypowym kształcie. Z początku wydaje mi się, że to kawałek księżyca zasłoniętego przez chmury, ale po pewnym czasie stwierdzam, że to tylko samolot. Księżyc odnajduję w zupełnie innym miejscu. Jest dosyć szczelnie zasłonięty przez chmury. A co by było gdybym od razu zaczął podążać ku temu mocniejszemu światłu? Tutaj moja intuicja okazała się zawodna.
sobota, 28 lutego 2009
U progu czwartego semestru

Po trzytygodniowych wakacjach próbuję się odnaleźć po raz kolejny w politechnicznej rzeczywistości. U progu czwartego semestru, przytłoczony brutalną machiną czasu, która po raz kolejny da o sobie znać za kilka miesięcy, kiedy to po raz pierwszy przyjdzie mi wybrać specjalizację. Owa machina w połączeniu z najnormalniejszą w świecie politechniczną rzeczywistością, po raz kolejny daje się mocno we znaki mojej i tak ostatnio zszarganej już dosyć mocno psychice.

Ów sztucznie generowany spokój, wyciszenie, które to stało się moją domeną w ostatniej fazie ubiegłego semestru, niestety okazał się być zjawiskiem równie nietrwałym jak śnieg, który pojawia się zwykle gdy już wszyscy zaczynają wyczekiwać wiosny, a znika gdy tylko cały świat wejdzie z nim w harmonię. W tym przypadku sztuczność była jedynym sposobem do realizacji szczytnego celu, jakim w końcu miały się okazać trzytygodniowe wakacje. Trzy tygodnie szansy na wszelkiego rodzaju odbudowę, ustatecznienie, czy nawet odzyskanie spokoju ducha.

Pomimo totalnego fiaska tej pozornie najważniejszej ze spraw, a także niepowodzenia w tej drugiej niezwykle istotnej sprawie, wydawało się że cel na bieżące ferie zrealizować się uda. Jednak semestr postanowił zebrać się w sobie i naprzeć na mnie całą swoją doniosłością graniczącą z absurdem. Postanowił zemścić się na mnie za moją bezradność, niezdecydowanie i lekkomyślność. Postanowił po raz kolejny pokazać mi ten doskonale już przecież znany ideał. Ideał piękny i doniosły. Nieskażony niepewnością, pełen rozsądku, dumy i satysfakcji. Ideał, który wyśmiewa te wszystkie mroczne wieczory, które nieustannie ścigają mnie na mojej drodze warszawskiej ucieczki przed cieniem. Napór spraw. Wszystkie zleciały się w jednym punkcie czasoprzestrzeni zlewając się w jedną dostojną, która pulsuje nieustannie. O tej właśnie sprawie chciałbym tutaj napisać.

Rzeczywistość. Bez wątpienia jest to pewien obszar, w którym każdy człowiek, chcąc czy nie chcąc, ma za zadanie się obracać. Każdy rzeczywistość pojmuje inaczej. Każdy z nas tę rzeczywistość odkrywa. Wielu, w tym również ja, traktuję ją jako czyste piękno, którego adorowanie jest naszym darem, natomiast odkrywanie - warunkiem niezbędnym do prawidłowego funkcjonowania. Z tym że dla mnie rzeczywistością jest wszystko. Nie tylko to co widać. Nie tylko to, czego możemy użyć, w celu uzyskania lepszego samopoczucia, bądź osiągnięcia jakiegoś innego skonkretyzowanego celu. Już dawno przekonałem się, że życie nie ma nic wspólnego z karierą, a wędrówka od celu do celu, jest tylko pójściem na łatwiznę, która odbiera nam szansę poznania czegoś więcej.

Sprawy są proste. Należy za wczasu zorientować się o co chodzi, przygotować odpowiednie środki do ich załatwienia, a następnie zrealizować cel, zapominając o środkach. O przykrych sprawach należy jak najszybciej zapominać. Tworzyć wokół siebie pozytywną aurę, żeby wszyscy mogli czerpać z tego sztucznie wytworzonego przez nas piękna. Ale po jakimś czasie coś w nas zacznie gwałtownie dopominać się o swoje. Człowiek wrażliwy jest zobowiązany do bycia ze swoimi sprawami na dobre i na złe. Dlatego najlepiej jest spojrzeć na nie zupełnie inaczej. Nie powinien być to dla nas kolejny obiekt naszych badań, lecz po prostu kolejna przygoda. Coś co wzbogaca nasze życie, czyni nas bardziej dojrzałymi ludźmi i być może przybliża do czegoś większego, piękniejszego.

Jeśli tytuł inżyniera ma się wiązać z wplątaniem się w tę politechniczną machinę, to ja z wielką chęcią mógłbym na ten tytuł jeszcze jakiś czas poczekać. Ale nie mogę tego zrobić. Blokuje mnie duma. Blokuje mnie pycha! Blokuje mnie strach, że czas się zatrzyma na dłuższą chwilę. A nade wszystko kieruje mną pewne poczucie przyzwoitości i złudzenie, że ja wciąż mogę należeć do tego uproszczonego, wyidealizowanego świata. Świata, który jest mój tylko dlatego, że inne są zbyt obce...
01:52, szypia
Link
piątek, 23 stycznia 2009
Iskierka nadziei

Ostatnio coraz mniej angażuję się w cokolwiek. I to pomimo, iż jestem starostą grupy i jednym z najbardziej zaangażowanych członków wydziałowego klubu turystycznego. Coraz rzadziej zaszczycam swoją obecnością klubowe imprezy i już nie tak często jak kiedyś można mnie spotkać w pokoju klubowym. Przestałem się angażować w utrzymywanie kontaktów z ludźmi z klasy licealnej. A przecież pod koniec trzeciej klasy i w czasach nieco późniejszych, byłem inicjatorem wielu działań, a także organizatorem kilku imprez. Straciłem zapał do poznawania ludzi i skupiłem się na sobie.

Skąd biorą się te wszystkie z pozoru irracjonalne działania? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba spojrzeć kilka miesięcy wstecz. W trzeciej klasie liceum złapałem wiatr w żagle. Było to spowodowane przekonaniem, że wreszcie trzeba coś ze sobą zrobić. Przez kilka lat kopałem pod sobą dołek i praktycznie z niego nie wychodziłem. W trzeciej klasie wszystko się odmieniło. Dzięki planowi naprawczemu szybko wszedłem w głębsze relacje z kilkoma osobami i zyskałem pewność siebie, której mi wcześniej brakowało.

Wszystko szło tak pięknie, że nawet gdy już to wszystko dobiegło końca, wciąż spędzałem czas ze znajomymi z liceum. Dzięki obozowi zerowemu, już na początku studiów zbudowałem nowe relacje, które zapewniały mi spokój ducha przez większą część pierwszego semestru. Zacząłem też spełniać się na innej płaszczyźnie: chodziłem na koncerty. Obudziłem się 22 listopada 2007, kiedy to fatalny wynik z kolokwium uświadomił mi, że przyszedł czas zacząć się uczyć. Semestr skończył się szczęśliwie, ale sesja bardzo negatywnie wpłynęła na moje zdrowie psychiczne. Lekkie podejście do egzaminów nie zdało rezultatu. I tak dopadł mnie stres, gdy przyszło do czego. Sesję zakończyłem szczęśliwie.

Ferie zaczęły się refleksyjnie. W samotności odbyłem podróż pociągiem na Słowację. Będąc tam czułem się dziwnie: trochę sztucznie, trochę nie na miejscu. Powrót do rzeczywistości okazał się szczęśliwy. Nieźle rozpocząłem kolejny semestr, ale już wtedy zaczęło się to, co było bezpośrednią przyczyną moich decyzji w ostatnim czasie. Wytwarzał się w moim umyśle pewien ideał, któremu ludzie dookoła nie byli w stanie sprostać. Spędzałem czas na czerpaniu piękna z każdej chwili. Nauczyłem się grać na gitarze, bardzo często wpadałem w zachwyt nad życiem. Studia zeszły na drugi plan.

Wakacje miały być doskonałe. Planowałem wyjazdy z klubem turystycznym. W organizacji wyjazdu dopatrywałem szansy na poznanie nowych ludzi. Chciałem też pojechać znów na jakiś wyjazd ze znajomymi z liceum, bo wciąż miałem w pamięci zeszłoroczne wakacje... Większość z tych planów zakończyła się fiaskiem. Wakacje okazały się być momentami bardzo frustrujące, aczkolwiek dominował ten zachwyt, którego wyuczyłem się w minionym semestrze.

Mimo tej ogólnej nijakości, kilka rzeczy udało się zrealizować. Po egzaminie z fizyki odbyłem podróż do chatki w Beskidach, która bardzo pozytywnie, aczkolwiek również refleksyjnie nastroiła mnie na następny semestr. Niestety w wakacje nie udało się zrealizować planu przeprowadzki do miejsca zamieszkania bliżej moich studiów, więc zająłem się tym już w czasie semestru. Kilka świeżo nawiązanych przyjaźni dawało mi spore nadzieje na przyszłość i tego się trzymałem. Zbyt duża liczba zajętych weekendów przeszkodziła mi w studiach i przez to nie zaliczyłem jednego przedmiotu.

W listopadzie udałem się na pewien wyjazd, który bardzo pesymistycznie nastroił mnie na tę końcówkę roku. I to bynajmniej nie dlatego, że się nie udał. Znów zetknąłem się z własnym cieniem. Dzień po wyjeździe skręciłem nogę na wf-ie i gdyby nie kilka spotkań z ludźmi z liceum, dane mi było przeżywać tylko lekką depresję. Odczuwałem do tego wszystkiego konieczność jakiejś zmiany. Mnóstwo spraw czekało na załatwienie i od wielu miesięcy nie mogłem się zebrać w sobie, żeby je załatwić. Wszystko przez tę lekkomyślność.

Wszystko to, w połączeniu ze zmianą miejsca zamieszkania, zimnem i pustką nowego pokoju, nadmierną skłonnością do refleksji i upłyceniem większości przyjaźni, spowodowało, że straciłem chęć do nawiązywania nowych kontaktów i zamknąłem się w sobie. W listopadzie i grudniu napisałem mnóstwo wierszy, miałem mnóstwo przemyśleń, próbowałem sobie to wszystko uporządkować. W końcu zobrazowałem to sobie jakoś i postanowiłem, że zacznę coś zmieniać. Ruszyłem kilka spraw i poszedłem do spowiedzi. Przez święta byłem w doskonałym nastroju, jednak później znów zaczęło mi coś dokuczać. Pod wpływem impulsu zrezygnowałem z sylwestrowego wyjazdu i znów zagłębiłem się w tej ciemności, o której już pisałem. Nie pomogły nawet rozmowy z najbliższymi kiedyś dla mnie osobami.

Do tego wszystkiego doszła informacja o samobójczej śmierci kolegi ze studiów, która dotarła do mnie dzień przed powrotem na uczelnię. Po kilku dniach wreszcie się pozbierałem, po raz kolejny pociągnąłem do przodu niektóre sprawy. Bardzo pomogło mi pierwsze po długim czasie przerwy spotkanie w klubie turystycznym oraz szczera rozmowa z kolegą, który jak się okazało przeżywa bardzo podobne problemy. Odzyskałem spokój ducha i wziąłem się za naukę. Dało to już kilka bardzo zadowalających efektów. Mam w tej chwili tak stabilny stan ducha i przede wszystkim ogromny zapał do nauki, że sesja raczej nie jest mi straszna.

Wszystko to trzyma ta iskierka nadziei, która była przyczyną moich idealistycznych dążeń w całym zeszłym roku i jednocześnie przyczyną ich niepowodzenia. Jak tylko skończę sesję, postaram się wzniecić z niej ogień. Obym tylko zachował do tego czasu ten spokój ducha...
sobota, 17 stycznia 2009
Wirujące marzenia

Umiejętność podejmowania decyzji to obecnie najcenniejsza i najbardziej porządana umiejętność w społeczeństwie. Ale jest to również fascynujące pole do psychologicznych analiz. Ja nie będę tutaj żadnej takowej analizy przedstawiał. Chciałbym jedynie zastanowić się nad tym procesem w odniesieniu do mojej osoby.

Najpierw jednak zastanowię się, czym właściwie jest ten nieszczęsny proces decyzyjny. W rozważaniach nie lubię stosować idiotycznych przykładów, więc żadnego przykładu tutaj nie zastosuję. Co tam, skoro moje myśli takie przykłady omijają dużym łukiem, to dlaczego miałbym się nad nimi głowić tylko po to, aby te myśli oszpecić?

Proces decyzyjny zaczyna się od poznania przynajmniej dwóch sprzecznych ze sobą kierunków wszelakiej życiowej działalności w przeszłości. Często ludzie zastanawiają się nad zaletami i wadami każdego z tych kierunków. Uważam ten sposób działania za zupełnie nielogiczny, ponieważ nie ma dwóch równoważnych zalet, ani dwóch równoważnych wad, a także nie istnieje taka wada, która znosiłaby jakąkolwiek zaletę. Te fakty wynikają bezpośrednio z ciągłości wszech rzeczy i są absolutnie niepodważalne.

Są różne czynniki, które motywują nas do wyboru takiego, a nie innego kierunku. Często widzimy gdzieś jakiś potencjalny zysk, poprawę nastroju, czy też cokolwiek innego. Nie możemy jednak wykluczyć, że zupełnie inny kierunek, da nam dokładnie to samo, a nie więcej. Czym jest więc umiejętność podejmowania decyzji, jeśli nie ucieczką od skomplikowanego procesu decyzyjnego, który najczęściej do niczego nie prowadzi? Jest to być może jakaś inteligencja życiowa, ale wyklucza ona całkowicie możliwość poznania piękna alternatywnych dróg.

Życie jest nieustannym podążaniem za marzeniami. Często dzieje się tak, że marzenia te kumulują się przed długi okres czasu i nie jest możliwe spełnienie wszystkich z nich. Często są one sprzeczne, co może doprowadzić do niebezpieczeństwa, które najlepiej można zilustrować na przykładzie układu równań liniowych nie posiadającego żadnych rozwiązań. I tym sposobem bardzo szybko obaliłem swoją tezę postawioną na początku i jednocześnie nie dotrzymałem słowa.

Wówczas podjęcie jakiejkolwiek decyzji staje się niewykonalne, ponieważ spowodowałoby tak duże straty estetyczne, że potem ciężko byłoby nie wrócić do tego wiru marzeń całkowicie rujnując sobie obraną uprzednio drogę.

Być może kiedyś któreś z nich zacznie mi dokuczać do tego stopnia, że nie będę miał wyjścia. Być może okaże się, że jednak nie jest ono sprzeczne ze wszystkimi innymi. W każdym razie już nie raz się przekonałem, że gwałtowne ruchy do niczego nie prowadzą, a szczęście daje mi tylko to, co doskonale współgra z moją duszą.

Póki co niech wirują. Niech ten łagodny powiew wywoływany przez ten ruch, przyniesie mi ukojenie.
niedziela, 11 stycznia 2009
Puste pokoje

Moje życie to puste pokoje. Wszelkie próby odzyskania życiowej witalności kończą się fiaskiem. Pojawiające się od czasu do czasu błyski znikają zanim zdążę się nimi nacieszyć. Każda rutynowa czynność mieszcząca się w sferze moich zainteresowań jest dla mnie kolejną raną zadaną na sobie samym. Próbuję różnych zabiegów mających na celu oszukiwanie samego siebie, a przecież już niejednokrotnie dochodziłem do wniosku, że moje dotychczasowe życie jest już procesem powoli zamierającym. Ile można znieść frustrację płynącą z życiowej akinezji.

W grudniu wreszcie pojawiła się chęć do działania, chęć do zmian. Jestem dumny z tego, że wreszcie udało mi się zacząć załatwiać te sprawy, które już od wielu miesięcy odkładałem w czasie. Nie idzie mi to zbyt szybko, ale sama świadomość, że mam to wszystko pod kontrolą jest dla mnie bezcenna. Przeprowadzka do nowego mieszkania dała mi jeszcze więcej czasu na autorefleksje i animozje. Odciążyła jednak trochę dom rodzinny, który nie jest już dla mnie klatką, więzieniem...

Przeprowadziłem się do Warszawy nie w celu uzyskania większej ilości czasu na naukę, lecz w celu poprawy jakości mojego życia. To był mój cel na wakacje. Został niestety zrealizowany z dwumiesięcznym opóźnieniem, przez co prawdopodobnie nie uda mi się zaliczyć w tym semestrze wszystkich przedmiotów. Nie jest to jednak jedyny powód. Ostatnio ciężko mi jest zabrać się do nauki. Mieszkanie w Warszawie nie zapewnia mi komfortu pracy. Taki komfort może mi zapewnić jedynie spokój ducha i komfort psychiczny, od osiągnięcia którego wciąż jestem bardzo daleko.

W tych coraz częśćiej pojawiających się chwilach refleksji, w wierszach nawołuję siebie do działania. Dokładnie wiem jakie kroki mam poczynić, aby uwolnić się od cieni przeszłości. Póki co nie mam odwagi, a przede wszystkim nie mam takiej potrzeby, żeby zmiany zaszły w tym konkretnym momencie. Chcę to wszystko rozpocząć z rozmachem i ruszyć w ten kolejny etap mojego życia w dobrze przemyślany sposób. Niestety tym samym skazuję się na kolejny miesiąc tragicznej stagnacji.

Ale przecież nie muszę tkwić w bezruchu. Wciąż mogę kroczyć moją starą drogą, ze świadomością, że nie doprowadzi mnie ona w żadne konkretne miejsce, ze śmiałym postanowieniem dobrze przemyślanego procesu wkroczenia w nowy etap.

Lecz nawet ta stara droga, z domieszką odrobiny nowego, skazuje mnie na te puste pokoje, które sam sobie zgotowałem.
00:39, szypia
Link
środa, 07 stycznia 2009
Żółte kropki na szarym tle

Gdybym był dwunastolatką, która być może po raz pierwszy dorwała się internetu w celu założenia własnego bloga, na którym wreszcie może się wykrzyczeć, zacząłbym pewnie od słów: "A dzisiaj pani w szkole powiedziała nam, żebyśmy założyli sobie własne blogi. Toteż niezwłocznie uczyniłam to i oto piszę swój pierwszy wpis, w którym napiszę, że właśnie zajadam pastylki miętowe." Gdyby nie to, że dwunastolatką jednak nie jestem, rozpoczęcie takie nie odbiegałoby znacząco od prawdy.

Wybór studiów to jedna z najtrudniejszych decyzji w życiu. Może się wydawać, że decydując się na studia techniczne, człowiek świadomie rezygnuje ze swoich humanistycznych talentów, poświęca się w pełni temu, co będzie procentować już do końca życia. Nie mam żadnych wątpliwości, że do podejmowania takich decyzji, skłania ludzi słodka wizja wysokich zarobków w przyszłości. Mimo przekonania, że wybrana droga jest jak najbardziej właściwa, często przychodzą chwile zwątpienia. Zwłaszcza, gdy nagle ten kruchy i absurdalny cel, ukazuje nam się w całym swoim blasku, promieniując swoim bezsensem w najgłębsze zakamarki duszy.

Czasem przychodzą refleksje. Można je zachowywać dla siebie, ale można również wyciągać z nich wnioski i przemieniać je w działanie. Poezja jest najczystszą formą składania myśli. Można ją porównać do środowisk asemblerowych, dzięki którym możemy dużo łatwiej zrozumieć działanie procesora, niż programując w językach wysokiego poziomu. Takim programowaniem w językach wysokiego poziomu jest dla nas codzienność. Niektórym do szczęścia w zupełności wystarcza znajomość jednego z tych języków. Inni napotykają na różnego rodzaju trudności i takie życie nie jest w stanie zaspokoić ich potrzeb.

Poezja porządkuje, składuje i upiększa. Poezja jest czysta i dostojna, ale nie ma nic wspólnego z życiem i dążeniem do szczęścia. Nie oszukujmy się. Każdy myśli w pierwszej kolejności o sobie. Czysty altruizm nie istnieje. Bez spokoju ducha, człowiek nie jest w stanie rozwijać nawet w połowie swoich możliwości, nie mówiąc już o pomocy innym. Dlatego piszę tylko o sobie. Nie jestem jednak w stanie przelać na papier wszystkich nurtujących mnie myśli. Poezja wymaga skupienia, czasu i odpowiedniego nastroju. Łatwiej jest spisywać myśli w bardziej naturalny dla człowieka sposób. Choćby taki, jaki właśnie stosuję. Nie liczę na to, że ktokolwiek będzie czytał te teksty. One są tutaj dla mnie. Mam nadzieję, że umieszczanie ich tutaj pozwoli mi pozbyć się tego jakże niewygodnego ciężaru, zwłaszcza w tym bardzo ciężkim przedsesyjnym czasie.

Dziś tylko napiszę o mojej wczorajszej refleksji. Spojrzałem wstecz, co ostatnio zdarza mi się bardzo często, i zobaczyłem dwa cienie. Jeden bardzo długi - grudniowy, drugi trochę krótszy - listopadowy. Jeszcze niedawno moją filozofią życiową było maksymalne wykorzystywanie każdej chwili. Czerpanie z nich jak największych dawek szczęścia. Refleksyjna końcówka roku zupełnie obaliła tę ścieżkę, zarzucając jej życie w iluzji, zatracanie siebie i oddalanie się od prawdziwego szczęścia. I faktycznie. Prawie wszyscy ludzie, którzy jeszcze niedawno coś dla mnie znaczyli, pouciekali gdzieś w swoje strony. Mimo moich starań, nowi nie przyszli.

Takie były refleksje. Przyjrzałem się dobrze tym dwóm pierwszym po powrocie na uczelnię. Doszedłem do wniosku, że w dniu wczorajszym tylko przez jeden moment byłem szczęśliwy. Było to wtedy, gdy wchodziłem wraz z P. po schodach w stronę pokoju M. mijając po drodze grupki ludzi z niższego semestru. Co było powodem tego błysku? Satysfakcja, że udało mi się przetrwać te dni, że znów tu jestem, że znów walczę i znów jestem wśród ludzi. Ale to był tylko moment. Spojrzałem jeden dzień wstecz i zobaczyłem trochę więcej podobnych sytuacji. Kilka zdań, kilka spojrzeń... I tyle. Te przemyślenia najlepiej pokazują, jak niewiele potrzeba do szczęścia. Wystarczy tylko być na swojej drodze, żyć wśród ludzi i rozmawiać z nimi.

Ale to tylko kilka żółtych kropek na szarym tle...
20:32, szypia
Link